Wbrew pozorom ciągle jeszcze żyję. Ale długo nie chciało mi się tutaj zaglądać, zresztą jakoś tak wordpressa nie lubię i chyba tym razem faktycznie wyniosę się gdzie indziej, chociażby i na blogspota – przynajmniej będę miała cały kram w jednym miejscu. Ale dajmy jeszcze szansę ;) Tymczasem trzeba będzie zrobić tu porządki.

Samhain idzie. Wiatr, mgła – i w tym roku także – śnieg.

Czas na zmiany

Muszę zrobić tu wiosenne porządki.

Za ciemno, za smutno. 
Pewnie na dniach coś się zmieni tutaj. 
W ogóle to samą siebie zaskakuję tym, z jakim uporem co jakiś czas ożywiam to miejsce i znowu znikam.
Zaczęło się w 2003 r – jeśli jednak koniec świata nie przyjdzie i szlag nas wszystkich nie trafi, 
to w przyszłym roku stuknie mu dyszka. 
Z osób z którymi zaczynałam dawno dawno temu blogowanie, które tutaj bywały gośćmi
chyba nikt już takiej formy publicznego uzewnętrzniania nie prowadzi. 
Chociaż ślady jakieś po nich i ich pisaniu w sieci gdzieś trwają.
Niektórych znałam osobiście, innych nie, z niektórymi mam kontakt, z innymi się urwał. 
Niektórzy w którymś momencie życia byli bardzo bardzo ważni. A potem nas wiatr porozrzucał.
Bywa. 
Jakiś czas temu natknęłam się na utwór, który przyniósł wspomnienia, 
a wspomnienia poprowadziły do takich właśnie zakamarów. 


 
O ten, nie słuchałam go wieki.
Ostatnio poczułam, że spirala zatoczyła pełny skok
i że zamyka się cykl. Albo może raczej – cykle. 
Nie chodzi tu o jakąś konkretną liczbę lat, czy coś -
raczej wątpię, żeby każdy po spirali szedł w tym samym tempie. 
Co chwila zdarza się coś, co mi to uwidacznia. 
Można powiedzieć – przypadki. A może nie?
Pojawiają się ludzie, z którymi miałam do czynienia przed siedmiu laty. 
Odzywają się osoby, z którymi wtedy się spotkałam. 
Powtarzają się sytuacje. 
Niby nic… A coś jest na rzeczy. 
Beltane spędziłam w lesie, przy ognisku, u stóp buka.
Po jednej stronie miałam głóg, po drugiej – brzozę. 
I gdzieś w tę noc przyszła i taka myśl – idzie czas zmian. 
Przychodzi koniec, idzie nowe. 
Wciąż tą samą ścieżką lecz wgłąb lasów. 
Nie pisałam jeszcze tutaj o czymś, co obudziło się po Samhaine. Jeszcze napiszę. 
Od tego się zaczęło. Dużo, dziwnie, pięknie, strasznie, zmiennie. 
Więc płyniemy dalej. 
Aha, i jeszcze – wraz z tym co się obudziło – wróciły słowa.
Teraz już mi się nie wydaje. Niedawno znów przesiedziałam noc pisząc
i złapałam taki „flow”, poczułam znowu dlaczego sprawiało mi to kiedyś
taką radość. 
„Słowa mi ze słów słowa stwarzały”… 
Płyniemy dalej. 
(coś jeszcze, z niespecjalnie adekwatnym obrazem)

Wiatr wietrzysko

I kolejna wietrzna noc. Na dole wali gałęziami brzoskwiń o szyby, 

tuje się gną, a przez nieszczelne okno mi dmucha zimnem.
Mam nadzieję, że nie pozrywa kabli, jedna awaria już była, 
a na mojej ulicy sieć zasadniczo nie jest naprawiana tylko doraźnie łatana…

Pogoda to chyba totalnie zwariowała, godzinę temu grzmiało, 
angielska zima czy jak? 
Niech wreszcie spadnie śnieg. Dużo śniegu. Zima bez śniegu jest dołująca.
Co się miało wyrównać, się wyrównało, co się miało dokręcić – dokręciło, 
cykl zamknięty, kolejny rozpoczęty, jest dobrze. 
A jeszcze ostatnia wyprawka przypadła akurat w pełnie, więc poleżałam sobie
w lesie gapiąc się na Łysego między gałęziami totalnie pogiętego przez wiatry drzewa.
Rozpiera mnie twórcza energia, tysiąc pomysłów i projektów na minutę, 
musiałam zacząć sobie wszystko zapisywać, żeby jakoś uporządkować. 
Rzeczy do zrobienia spisuję na kartkach, bo bez tego od razu wypadają mi z głowy
takie drobiazgi jak wyjęcie prania czy zjedzenie obiadu. 
Idę spać. Teraz mi się dobrze śpi. 
EDIT: Wykrakałam :] Poszłam spać, a kiedy się obudziłam, śnieżek już pięknie sypał, 
i czyni to do tej chwili :]

Wiatr i noc

Wiatr znów wali mi gałęziami drzew po oknach, i znów nie mogę spać.

Właściwie nie mogę już od Przesilenia, czy się położę wcześniej czy później, 
zmęczona czy nie bardzo, leżę, czytam, piszę, nie śpię, 
nad ranem drzemię chwilę i znów… 
Uh, no tak, wczoraj mi się łatwo zasnęło, ale też koło 5 nad ranem i po kilku kubkach glogu.
Nie mogę codziennie popijać wina żeby zasnąć.
I tkwię w zawieszeniu między snem a jawą, ani dobrze nie zasypiając ani się nie budząc.
Jeszcze tylko chwilę, dokręci się to co ma, będzie co ma być.
Wrzeciono z kościanym przęślikiem, szara nić, 
szare niebo.